...jak włosy syreny o świcie....
z naszych obserwacji tej tezy nie da się jednoznacznie potwierdzić ani też zaprzeczyć jej.Wybraliśmy się grupą bardziej zorganizowaną (jednak tylko z nazwy) na spontaniczną wyprawę na sąsiednią wyspę,do stolicy Szmaragdowej Wyspy.Ekipa w składzie następującym: Zosia,GroszkoRodzice (sztuk 2),wujek Łukasz vel Strusica,Kasia z Mirkiem (właściciele NieŚlimaka) i na dokładkę ulubieniec Zosiakowy-Massimon ;) -sami przyznacie,że w kupie-grupie raźniej -stąd taka nas ilość.
Najpierw przeprawa promem-katamaranem-to nie było coś co tygryski lubią najbardziej.Okazało się,że najbardziej odpornymi na mocne kołysanie są-Zosiak,GroszkoTata,Mirek i Kasia.Reszta towarzystwa korzystała z możliwości zalegania w pozycji leżącej gdzie tylko dało radę :)Następnie już tylko podróż irlandzką skm-ką, a że część trasy była w remoncie to jeszcze przesiadka do autobusu komunikacji zastępczej i ....w końcu zjawiliśmy się w Dublinie.
Mieliśmy duży zapas dobrego humoru,głodne brzuchole,wykwalifikowaną przewodniczkę w postaci Zosi,dwie lub nawet trzy mapy i żadnego planu :)!!!! Pełen spontan!
Miasto okazało się bardziej europejskie niż brytyjskie i chwała mu za to!!Na ulicach tłumy o różnych kolorach skóry,narodowościach i językach-miła odmiana od codzienności na Anglesey:) Przemierzyliśmy miasto wzdłuż i wszerz i po całym dniu wycieczki doszliśmy do wniosku,że trzeba się będzie wybrać w to miejsce raz jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach pogodowych,może na wiosnę.Panowie oczywiście zajęli się degustacją jedynego w swoim rodzaju Guinessa a do domów wróciliśmy późną nocą wraz z nową mieszkanką naszej kuchni-owieczka Irie :)
Nie muszę chyba dodawać ,że Kluseczka spisała się na medal i dzielnie przemierzała wszelkie zakątki Dublina.